Dzisiaj jest piątek 31 marzec - 90 dzień roku, do końca pozostało 275 dni.
Imieniny: Gwidon, Beniamin, Kornelia, Dobromira, Balbina, Amos
  • Hasło:
  • Zapamiętaj mnie
NASI PARTNERZY

KATEGORIE

Kartka dnia
SZYBKIE MENU

STATYSTYKI
Wiersze
Szukany wiersz:
Poeta:
 A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P R S Ś T U W X Z Ż 
  • Julian Tuwim
    W areoplanie
    Miała babcia kurkę,
    Kurkę-złotopiórkę,
    Wesołą kokoszkę,
    Zwariowaną troszkę.
    Kiedyś jej ta kurka
    Uciekła z podwórka.
    Babcia za nią truchtem drepce,
    "Wracaj" - krzyczy... - "A ja nie chcę!"

    A tam zaraz blisko
    To było lotnisko,
    Kurka się tam zapędziła,
    Aeroplan zobaczyła,
    A że była dobra skoczka,
    Wskoczyła tam nasza kwoczka.
    Wtedy babcia - hopla! -
    Też na areoplan.

    Jak me zaczną się szamotać,
    Drapać, dziobać, rzucać, miotać,

    Szarpać, łapać się za rygle,
    To przy skrzydle, to przy śmigle.

    Aż przez takie szamotanie
    Motor warknął niespodzianie,

    Śmigło kręci się jak fryga
    I samolot w górę dźwiga.

    Kurka w skrzek - babcia w płacz:
    "Co się dzieje? Kurko, patrz!"

    Kurka w bek, babcia w krzyk,
    A on sobie kozła - fik!

    Kurka gdacze, babcia płacze,
    A on sobie buja, skacze,

    Coraz wyżej się unosi,
    Chociaż babcia błaga, prosi,

    Chociaż kurka motor dziobie,
    Kółka drapie, śrubki skrobie,

    Aeroplan coraz chyżej,
    Coraz śmielej, coraz wyżej!

    Na dół popatrzyły,
    Dziwy zobaczyły:

    Wielkie góry - jak kupki piasku,
    Wielkie drzewa - jak krzaczki w lasku,
    Rzeki - srebrne wstążeczki,
    Łąki - zielone chusteczki,
    Domy - klocki drewniane,
    Pola - kratki malowane,
    Jeziora - jak donice,
    Pociągi - jak gąsienice,
    Ludzie - jak mrówki,

    Krowy - jak boże krówki,
    A kurek to nawet nie widać.
    Popatrzyły do góry -
    Co zobaczyły? Chmury?
    Akurat!

    Chmury już w dole były
    I ziemię zasłoniły.

    "Ach, babciu - krzyczy kurka -
    Na głowie stanął świat!"
    Aż tu naraz w środku nieba
    Księżyc zjawia się przed niemi,
    Ze sto razy chyba większy
    Niż ten, który widać z ziemi:
    Przymrużył jedno ślipie,
    A drugim groźnie łypie,
    Otworzył usta jak okno.
    I byłby samolot połknął,
    Ale babcia zeskoczyła
    I nagle się obudziła.

    Patrzy - porządek wszędzie,
    Nic złego się nie dzieje,
    Kurka siedzi na grzędzie
    I z babci się śmieje.
     
  • Adam Asnyk
    W dzwudziestą piątą rocznicę powstania 1863 roku
    Ruchliwe fale czasu nie zatarły
    Twych krwawych śladów, o nieszczęścia roku!
    Dotąd w swej grozie posępnej zamarły
    Ciężysz nad nami i z przeszłości mroku
    Przez lat szeregi kroczysz, widmo blade,
    Wlokąc za sobą, jak całun - zagładę.

    Wieleż to razy ciebie przeklinano,
    A z tobą marzeń zdradliwych ponętę!
    Za każdą świeżą z ręki wroga raną
    Zawsze twe imię wracało przeklęte
    I zamrażało żywsze serc porywy
    Krzykiem zwątpienia i bojaźni mściwej.

    Z twoich doświadczeń czerpano nauki
    I niewolnicze wysławiano cnoty;
    Gaszono skrzętnie święty żar, dopóki
    Męskim zapałem tchnęła pierś heloty,
    Sądząc, że lekiem najlepszym na rany
    Jest gwałt polskiemu uczuciu zadany.

    Za twoje grzechy Polskę z mieczem w dłoni
    Z szat obnażono jak jawnogrzesznicę
    I urągano, że praw swoich broni,
    I z ran szydzono, i plwano jej w lice,
    I z czci ją chciano odrzeć do ostatka,
    Jakby to była nie ich własna matka!

    Wszystko to w spadku zostało po tobie:
    Grzeszne ofiary i grzeszniejsza skrucha,
    Bunt tych, co widząc mdlejące już ciało,
    Śmieli doradzać samobójstwo ducha,
    I więzy, które mocniej się nam wpiły,
    I łzy palące... i wstyd... i mogiły...

    A jednak pamięć obchodzimy twoją,
    Jak ci, co dawno z niedolą zbratani,
    Nieszczęściu w oczy spojrzeć się nie boją
    I nawet z ciemnej wynoszą otchłani
    Tę nieśmiertelną nadzieję, co z dala
    Pracę pokoleń wiąże i utrwala.

    My obchodzimy twą rocznicę smętną,
    Bo dawnych zwycięstw święcić dziś nie śmiemy;
    Niewolnik, hańby swej noszący piętno,
    W rocznicę chwały ojców stoi niemy,
    A tylko ta mu droga jest i święta,
    W której sam skruszyć chciał krzywdzące pęta.

    My obchodzimy w twym żałobnym święcie
    Najbliższą z naszych dziejowych pamiątek
    I rycerskiego rapsodu zamknięcie;
    Tego rapsodu, co jak krwawy wątek
    Przebiegał dziejów pogrobowych kartę,
    Zbrojąc wciąż serca pokoleń uparte.

    Boś ty nie przyszedł jako klątwa nieba,
    Ani nie spadłeś jak grom niespodzianie,
    Lecz jak duchowa narodu potrzeba,
    W krwawej wypadków wypłynąłeś pianie,
    Aby ostatnim orężnym protestem
    Zapisać w dziejach nieśmiertelne: Jestem!

    Ty byłeś dzieckiem ostatnim epoki,
    Która tradycję przechowując żywą,
    Z dumnej przeszłości czerpała swe soki,
    I wolnych marzeń snując wciąż przędziwo,
    Ku zmartwychwstaniu stale naprzód biegła
    Tak jeszcze bliska... a tak już odległa.

    Nad tą epoką jaśniał jeszcze w górze
    Duch niepodległej ojczyzny widomy,
    Jeszcze francuskiej rewolucji burze
    Świat wstrząsające rozrzucały gromy,
    I biła na nią krwawych świateł fala
    Z wojennych ognisk małego kaprala.

    To pokolenie, które wówczas wzrosło,
    Dni Listopada było niedalekiem,
    I swoich ojców rycerskie rzemiosło
    Z krwią wzięło w spadku i wyssało z mlekiem
    Żywą tradycję krótkiej zwycięstw chwały
    I majestatu Polski zmartwychwstałej.

    W cudownej przed nim spływały legendzie
    Postacie wodzów, strojne w liść wawrzynu,
    Wieszczów krwawiących swe piersi łabędzie
    I męczenników rwących się do czynu
    Więzienia, groby, szubienice, krzyże
    I śnieżna, mroźna otchłań na Sybirze...

    Więc silniej każde uderzało tętno,
    I klątwa wieszczów na grunt padła żyzny,
    Budząc gniew, zemstę i boleść namiętną
    Nad poniżeniem i hańbą ojczyzny.
    I wszystkie serca zbroiły się harde,
    W niewolniczego żywota pogardę.

    Jeszcze ten łańcuch duszącej niewoli
    Nie zatamował męskiego oddechu,
    Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli
    Nie tknęło błoto urągań i śmiechu,
    I pokutnicze nie straciły tłumy
    Ostatnich błysków narodowej dumy.

    Nie było nawet podówczas w zwyczaju
    W dyplomatycznej ślizgać się zabawce,
    W lada koniuszym lub dworskim lokaju
    Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę,
    I tym, co jawnie wyparli się Polski,
    Dawać na kredyt mandat apostolski.

    Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić
    w konszachty
    I stawiać złote zjednoczenia mosty,
    Nie powiadano w gronie braci szlachty,
    Że to mąż stanu, lecz że zdrajca prosty,
    I nie wróżono nowej szczęścia ery,
    Widząc na piersiach błyszczące ordery.

    Jeszcze przybierać nie umiała Polska
    Postaci gadu, co się u stóp czołga;
    Wolała, żeby w drodze do Tobolska
    Trupy jej synów unosiła Wołga,
    Wolała ponieść ofiary najkrwawsze,
    Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

    O! Wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt
    Płynęły na świat idealne mary
    I nadawały cudowny koloryt
    Tkanej przez losy przędzy życia szarej,
    A na niebiosach jaśniał blask nadziemski,
    Niby wschodzącej znów gwiazdy betlemskiej.

    Męki wygnania, tęsknoty sieroctwa
    Tonęły w wielkim mistycznym zachwycie;
    Sny mesjaniczne, natchnione proroctwa
    Nad ziemią inne wytwarzały życie,
    Gdzie rzeczywistość znikała sprzed oczu
    W gwiaździstym, sennym marzenia przeźroczu.

    Pamiętam dotąd chwile owych wiosen,
    Gdy serca nasze paliła tęsknota,
    A bór nam szumem dębów swych i sosen
    Śpiewał, jak stary pieśniarz wajdelota,
    Rycerskie pieśni dawnej przodków chwały,
    Które nas czarem swoim upajały.

    Pamiętam dotąd, jak nam szmer strumieni,
    Słowików śpiewy, powiew kwiatów woni
    I zorza, która błękity rumieni,
    I wszystko wkoło wciąż mówiło o Niej,
    O nieśmiertelnej, co w grobowcu czeka
    Na odwalenie kamiennego wieka...

    A w piersiach naszych z każdą chwilą rosła
    Miłość bezbrzeżna, wyłączna, jedyna,
    Co na swych skrzydłach duszę w błękit niosła,
    Jakby do matki stęsknionego syna,
    Z wiarą, że w górze poza chmur zasłoną
    Ujrzy ją znowu - jasną i zbawioną.

    Myśmy ją wszyscy przed sobą widzieli:
    Cudowną postać w złotej gwiazd koronie,
    W niepokalanej czystości i bieli,
    Ze zmaz obmytą przez anielskie dłonie,
    Z twarzą podobną do Najświętszej Panny
    I blask z swych włosów siejącą poranny.

    Każdy ją wieńczył w własnych rojeń kwiaty
    I jej piękności odczuwał inaczej;
    Każdy w odmienne ubierał ją szaty,
    Lecz nikt nie wątpił, iż po dniach rozpaczy
    Nadpłynie w blasków różanych powodzi
    I swą pięknością cały świat odmłodzi.

    Więceśmy ręce do niej wyciągali,
    Wołając: Zstępuj z błękitów, królowo!
    Krzywdy nędzarzów zważ na prawa szali
    I sprawiedliwość wymierz im na nowo,
    Zawieś miecz pomsty nad fałszem i zbrodnią
    I bądź ludzkości gwiazdą znów przewodnią.

    My ci pod stopy ciała swe uścielem,
    Abyś stanęła na nich jak na tronie
    I praw zgwałconych stała się mścicielem,
    Z błogosławieństwem wyciągając dłonie
    Ku tym, co cierpiąc niesłusznie skrzywdzeni,
    Wzywają ciebie z czyśćcowych płomieni.

    My nic dla szczęścia swego, nic dla siebie
    Nie pragniem, nawet nie żądamy dożyć
    Chwili, gdy z jutrznią zabłyśniesz na niebie.
    Chcemy na zawsze w prochu się położyć
    I za swe wiano wziąć niepamięć wieczną,
    Byłeś Ty jasność rozlała słoneczną.

    To wszystko teraz w przepaść się zapadło,
    I już przeminął czas rycerskiej służby;
    Z błękitów jasne zniknęło widziadło,
    Umilkły wieszcze natchnienia i wróżby,
    A burza nieszczęść strąciła nam z głowy
    Nawet ostatni wieniec nasz - cierniowy.

    Śpiewne serc głosy, idealne hasła,
    Płomienne słowa, mistyczne zachwyty
    Przebrzmiały - lampa cudowna zagasła,
    Na ziemię runął ideał rozbity...
    I w naszych oczach rozpadło się w gruzy
    Tęczowe państwo romantycznej muzy.

    Prąd czasu innym popłynął korytem,
    Nastała nowa epoka - żelazna,
    Która wciąż ziemskim zaprzątnięta bytem,
    Niebiańskich widzeń słodyczy nie zazna
    I tylko w ziemi wnętrznościach się grzebie,
    Zajęta myślą o codziennym chlebie.

    Uboga duchem i uczuciem skąpa,
    Dokoła cień swój roztacza ponury,
    Ciężko po ciałach swoich ofiar stąpa,
    I chciwą dłonią szarpiąc pierś natury,
    Pragnie zasłonę zedrzeć tajemniczą,
    Za coraz nową zdążając zdobyczą.

    Choć na chorągwi kładzie prawdy znamię,
    I ludzkiej wiedzy skarbnicę bogaci,
    Czynami swymi wiecznym prawdom kłamie
    I fałsz podaje w misternej postaci,
    I jadem zbroi węże i padalce,
    By zwyciężały w strasznej o byt walce.

    Nastała nowa epoka, z obliczem
    Nieubłaganem, lodowatem, chmurnem;
    Jej bóg jest owym, nie wzruszonym niczem,
    Pożerającym swe dzieci Saturnem,
    A jej religia, dziką tchnąca grozą,
    Drapieżnej siły jest apoteozą.

    Z nową religią nowi są prorocy,
    Co słabszym niosąc wyrok unicestwień,
    Głoszą królestwo gwałtu i przemocy,
    I ewangelię plemiennych rozbestwień,
    Jako pociechę wskazując w rozbiciu
    Nędzę i nicość - i w śmierci i w życiu.

    Pod ich chorągwie spieszą ludzie nowi
    Widząc, że wiara przeszłości zawiodła
    Urągać czystych poświęceń duchowi,
    Kruszyć braterstwa i wolności godła,
    Przed złotym cielcem korzyć się tyranii
    Panmoskwicyzmu albo pangermanii.

    I u nas przyszło nowe pokolenie,
    Wpatrzone w ziemię z chłodem i rozwagą,
    Pragnące teraz na dziejowej scenie
    Odgrzebać z gruzów rzeczywistość nagą,
    Podstawę bytu, mniej od dawnej chwiejną,
    By na niej znowu budować kolejno.

    W twardej nieszczęścia urobione szkole,
    Zrzekło się marzeń zdradliwych słodyczy;
    Krępuje skrzydła młodości sokole,
    W każdym porywie z siłami się liczy
    I wchodzi z prądem dziejowym w przymierza,
    Biorąc w rachubę instynkt i moc zwierza.

    Spragnione prawdy, za nią jedną goni,
    Choćby nią miało zatruć czyste zdroje,
    Gdyż pragnie świeżej doszukać się broni,
    Z którą by mogło przyszłe staczać boje
    A w tej pogoni stopą nieoględną
    Depcze wawrzyny, co na grobach więdną.

    To pokolenie milczące i smutne,
    Daleko myślą od dawnych odeszło:
    Oskarża serca miłością rozrzutne
    I lekceważy ich zasługę przeszłą
    Nie wiedząc nawet, ile w niej się mieści
    Wielkich poświęceń, cnoty i boleści.

    Myśmy przez piękność, sercami odczutą,
    W dobra i prawdy chcieli wejść krainę;
    A oto kończym nasze dni pokutą,
    Zbyt śmiałych lotów opłakując winę...
    Nie możem jednak bez goryczy patrzeć,
    Widząc, jak chcecie ślad przeszłości zatrzeć.

    Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi,
    A chłód wasz lodem spada nam na serce
    My błogosławim wam, rycerze młodzi,
    Narodowego długu spadkobiercę,
    I na trud przyszłych, mozolnych wyzwoleń
    Niesiem życzenia gasnących pokoleń.

    Idźcie, jak światła przystoi czcicielom,
    Oświecać drogi ludzkiego pochodu
    Ku coraz wyższym i jaśniejszym celom!
    Szukajcie prawdy dla swego narodu,
    Ażeby przez nią posiąść mógł helota
    Stracone piękno i dobro żywota.

    Lecz wiedzcie: prawda, której wy szukacie,
    Jest jak Proteusz kryjący się zdradnie,
    Który wciąż swoje odmienia postacie,
    Gdy śmiały nurek w głębi go napadnie,
    I pokolenia ciekawych żeglarzy
    Coraz to nową odpowiedzią darzy...
     
  • Czesław Miłosz
    W Warszawie
    Co czynisz na gruzach katedry
    Świętego Jana, poeto,
    W ten ciepły, wiosenny dzień?

    Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
    Od Wisły wiejąc rozwiewa
    Czerwony pył rumowiska?

    Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
    Płaczką żałobną.
    Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
    Ran wielkich swego narodu,
    Aby nie zmienić ich w świętość,
    Przeklętą świętość, co ściga
    Przez dalsze wieki potomnych.

    Ale ten płacz Antygony,
    Co szuka swojego brata,
    To jest zaiste nad miarę
    Wytrzymałości. A serce
    To kamień, w którym jak owad
    Zamknięta jest ciemna miłość
    Najnieszczęśliwszej ziemi.

    Nie chciałem kochać tak,
    Nie było to moim zamiarem.
    Nie chciałem litować się tak,
    Nie było to moim zamiarem.
    Moje pióro jest lżejsze
    Niż pióro kolibra. To brzemię
    Nie jest na moje siły.
    Jakże mam mieszkać w tym kraju,

    Gdzie noga potrąca o kości
    Nie pogrzebane najbliższych?
    Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
    Nic napisać, bo pięcioro rąk
    Chwyta mi moje pióro
    I każe pisać ich dzieje,
    Dzieje ich życia i śmierci.
    Czyż na to jestem stworzony,
    By zostać płaczką żałobną?
    Ja chcę opiewać festyny,
    Radosne gaje, do których
    Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
    Poetom chwilę radości,
    Bo zginie wasz świat.

    Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
    I dwa powtarzać wyrazy
    Zwrócone do was, umarli,
    Do was, których udziałem
    Miało być wesele
    Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
    Dwa ocalone wyrazy:
    Prawda i sprawiedliwość.
     
  • Jan Brzechwa
    Wakacje
    Jest nas w domu ośmiu braci. Jeden czas od świtu traci Na łowienie ryb w jeziorze, Chociaż złowić nic nie może. Drugi zaraz się wybierze Do dąbrowy na rowerze, By zgłębiając leśne gąszcze Łapać żuki i chrabąszcze. Trzeci zwykle o tej porze Pływa łodzią po jeziorze, A dziś nawet przy sobocie, Spędzi cały dzień w namiocie. Czwarty - śpioch - niedługo wstanie, Żeby pójść na polowanie, Lecz że strzela nie najlepiej, Kaczkę pewno kupi w sklepie. Piąty wielką ma uciechę Kiedy w kuźni dmucha miechem. Kowal na to mu pozwala, Bo ma względy w kowala. Szósty, zamiast mnie tym razem, Wszedł na wieżę z ojcem razem, Żeby patrzeć jak najdalej, Czy się czasem gdzieś nie pali. Siódmy pobiegł drogą polną, Ale ja z nim pójść nie mogę. Mnie za karę wyjść nie wolno, Bo ja plułem na podłogę.
     
  • Julian Tuwim
    Warzywa
    Położyła kucharka na stole:
    Kartofle,
    Buraki,
    Marchewkę,
    Fasolę,
    Kapustę,
    Pietruszkę,
    Selery
    I groch.

    Och!
    Zaczęły się kłótnie,
    Kłócą się okrutnie:
    Kto z nich większy,
    A kto mniejszy,
    Kto ładniejszy,
    Kto zgrabniejszy:
    Kartofle?
    Buraki?
    Marchewka?
    Fasola?
    Kapusta?
    Pietruszka?
    Selery
    Czy groch?

    Ach!
    Nakrzyczały się, że strach!

    Wzięła kucharka -
    Nożem ciach!
    Pokrajała, posiekała:
    Kartofle,
    Buraki,
    Marchewkę,
    Fasolę,
    Kapustę,
    Pietruszkę,
    Selery
    I groch -
    I do garnka!
     
  • Jan Brzechwa
    Wierzę
    Wierzę w moje przeznaczenie,
    Które wiąże mnie z tobą.
    Czym ja byłem przedtem? -- Cieniem,
    Własną moją żałobą.

    Wierzę w słowa, co są hymnem
    Na twoją wonną chwałę,
    Wierzę w serce twoje zimne,
    Wierzę w piersi twe białe...

    Kto przed tobą się ukorzył,
    Tego łaska osłania,
    Bóg w natchnieniu był, gdy tworzył
    Dzień naszego spotkania.
     
  • Jan Brzechwa
    Wiewiórka i bóbr
    Była raz wiewiorka mała,
    Co skakała i biegała,

    Ale zwykły marsz ją nużył,
    Unikała więc podróży.

    "Droga przecież bywa długa
    I wiatr bywa, i szaruga,

    Zmarznąć mogę, zmoknąć mogę,
    Gdybym miała hulajnogę,

    Odbywałabym podróże
    Nawet bardzo, bardzo duże,

    Lecz niestety, hulajnoga
    Jest podobno dosyć droga.

    Pójść do bobra nie zawadzi,
    Może on mi coś poradzi."

    Bóbr powiedział tak: "Do mieszka
    Kładź orzeszek do orzeszka,

    Potem z mieszkiem idź do Warki,
    Gdzie co tydzień są jarmarki.

    Tam za twoje oszczędności
    Każdy da z pewnością coś ci

    I za miesiąc już bez mała
    Hulajnogę będziesz miała."

    Tak rzekł mądry bóbr. Wiewiórka
    W gąszcze leśne dała nurka.

    Nikt z was chyba dobrze nie wie,
    Co się dzieje w dziupli w drzewie.

    Tam wiewiórka właśnie mieszka,
    Tam orzeszek do orzeszka

    Składa pilnie i w cichości
    Liczy swoje oszczędności.

    Gdy już miała trzy torebki,
    Pewien zając, dosyć krzepki,

    Porzuciwszy swoje harce
    Pomógł jej. Wiewiórka w Warce

    Wszystkie swoje sprawy w sklepie
    Załatwiła jak najlepiej.

    Teraz jedzie, jedzie drogą,
    Jedzie własną hulajnogą

    Aż za Kraków, aż za Miechów,
    Gdzie jest w lasach moc orzechów.
     
  • Jan Brzechwa
    Wiosenne porzadki
    Wiosna w kwietniu zbudziła się z rana. Wyszła wprawdzie troszeczkę zaspana. Lecz zajrzała we wszystkie zakątki: - Zaczynamy wiosenne porządki. Skoczył wietrzyk zamaszyście, poodkurzał mchy i liście. Z bocznych dróżek, z polnych ścieżek powymiatał brudny śnieżek. Krasnoludki wiadra niosą, myją ziemię ranną rosą. Chmury, płynąc po błękicie, urządziły wielkie mycie. A obłoki miękką szmatką polerują słońce gładko. Aż się dziwią wszystkie dzieci, że tak w niebie ładnie świeci. Bocian w górę poszybował, tęczę barwnie wymalował. A żurawie i skowronki posypały kwieciem łąki. Posypały klomby, grządki i skończyły się porządki.
     
  • Jan Brzechwa
    Wiosenne porządki
    Wiosna w kwietniu zbudziła się z rana,
    Wyszła wprawdzie troszeczkę zaspana,
    Lecz zajrzała we wszystkie zakątki:
    - Zaczynamy wiosenne porządki.

    Skoczył wietrzyk zamaszyście,
    Pookurzał mchy i liście.
    Z bocznych dróżek, z polnych ścieżek
    Powymiatał brudny śnieżek.

    Krasnoludki wiadra niosą,
    Myją ziemię ranną rosą.
    Chmury, płynąc po błękicie,
    Urządziły wielkie mycie,
    A obłoki miękką szmatką
    Polerują słońce gładko,
    Aż się dziwią wszystkie dzieci,
    Że tak w niebie ładnie świeci.
    Bocian w górę poszybował,
    Tęczę barwnie wymalował,
    A żurawie i skowronki
    Posypały kwieciem łąki,
    Posypały klomby, grządki
    I skończyły się porządki.
     
  • Jan Brzechwa
    Wiosna
    Naplotkowała sosna, że już się zbliża wiosna, Kret skrzywił się ponuro: -Przyjedzie pewno furą... Jeż się najeżył srodze: raczej na hulajnodze. Wąż syknął - Ja nie wierzę , przyjedzie na rowerze. Kos gwizdnął: Wiem coś o tym, przyleci samolotem. Skąd znowu - rzekła sroka - ja jej nie spuszczam z oka i w zeszłym roku w maju widziałam ją w tramwaju. -Nieprawda! Wiosna zwykle przyjeżdża motocyklem! -A ja wam to udowodnię, że właśnie samochodem, -Nieprawda, bo w karecie! - W karecie? Cóż pan plecie? Oświadczyć mogę krótko, że płynie własną łódką! A wiosna przyszła pieszo. Już kwiaty z nią się spieszą, już trawy przed nią rosną i szumią: - Witaj wiosno! Słonko majowe Adam Asnyk Słonko majowe ze snu już wstaje. We mgłach różowe wyzłaca gaje. Przez chmur koronki patrzy ciekawie. Biegnie przez łąki kąpać się w stawie. Promyki drżące po drzewach wiesza. I budzić śpiące kwiaty pospiesza. Wszystko się budzi, do zajęć wraca. Ożywia ludzi radość i praca.
     
[1]2 »»

Regulamin | Kontakt | Polityka Cookies

.:: Copyright © 2009-2017 ekarteczka All Rights Reserved. Powered ekarteczka.pl ::.N
54.197.159.173 -> czas generowania strony: 0.0174989700317 sek.
[Polecamy] Kartki | Kartki Walentynkowe

statystyka