Dzisiaj jest wtorek 26 wrzesień - 269 dzień roku, do końca pozostało 96 dni.
Imieniny: Euzebiusz, Justyna, Cyprian, Damian
  • Hasło:
  • Zapamiętaj mnie
NASI PARTNERZY

KATEGORIE

Kartka dnia
SZYBKIE MENU

STATYSTYKI
Wiersze
Szukany wiersz:
Poeta:
 A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P R S Ś T U W X Z Ż 
  • Jan Brzechwa
    Kaczka dziwaczka
    Nad rzeczką opodal krzaczka
    Mieszkała kaczka-dziwaczka,
    Lecz zamiast trzymać się rzeczki
    Robiła piesze wycieczki.

    Raz poszła więc do fryzjera:
    "Poproszę o kilo sera!"

    Tuż obok była apteka:
    "Poproszę mleka pięć deka."

    Z apteki poszła do praczki
    Kupować pocztowe znaczki.

    Gryzły się kaczki okropnie:
    "A niech tę kaczkę gęś kopnie!"

    Znosiła jaja na twardo
    I miała czubek z kokardą,
    A przy tym, na przekór kaczkom,
    Czesała się wykałaczką.

    Kupiła raz maczku paczkę,
    By pisać list drobnym maczkiem.
    Zjadając tasiemkę starą
    Mówiła, że to makaron,
    A gdy połknęła dwa złote,
    Mówiła, że odda potem.

    Martwiły się inne kaczki:
    "Co będzie z takiej dziwaczki?"

    Aż wreszcie znalazł się kupiec:
    "Na obiad można ją upiec!"

    Pan kucharz kaczkę starannie
    Piekł, jak należy, w brytfannie,
    Lecz zdębiał obiad podając,
    Bo z kaczki zrobił się zając,
    W dodatku cały w buraczkach.

    Taka to była dziwaczka!
     
  • Jan Brzechwa
    Kaczki
    Po podwórku chodzą kaczki,
    Wszystkie bose nieboraczki,
    A w dodatku nieodziane,
    To są rzeczy niesłychane!

    Choć serdaczek, choć kubraczek
    Mógłby znaleźć się dla kaczek,
    A na nogi - jakieś kapce,
    A na głowy choć po czapce,

    Bo to zima akurat,
    Chwycił mróz i śnieg już spadł.

    Poszły kaczki do krawcowej:
    "Chcemy mieć kubraczki nowe,
    Zimno wszystkim nam szalenie,
    Pani przyjmie zamówienie.

    Lecz uwzględnić pani raczy,
    Że to ma być fason kaczy.

    Tu zakładka, a tu szlaczek,
    To jest coś w sam raz dla kaczek,
    Krój warszawski, bądź co bądź,
    Zechce pani miarę zdjąć."

    Potem kaczki na Królewskiej
    Odszukały zakład szewski
    I już pierwsza kaczka kwacze:

    "Pan nam zrobi kapce kacze,
    Takie małe, zgrabne kapce,
    By na małej kaczej łapce
    Należycie się trzymały
    I na sprzączki zapinały."

    Odrzekł szewc, bo nie był leń:
    "Zrobię kapce w jeden dzień."

    Już nazajutrz poszły kaczki
    Do krawcowej po kubraczki
    I po kapce na Królewską,
    Ale wpadły w pasję szewską:

    Szewc zażądał pięć tysięcy,
    A krawcowa jeszcze więcej.
    "Bez pieniędzy, drogie panie,
    Dzisiaj nic się nie dostanie.

    Zapytajcie zresztą dam,
    One to potwierdzą wam."

    Kaczki kwaczą i tłumaczą:
    "Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,
    Żadna z nas się nie bogaci,
    Nam za jajka nikt nie płaci."

    Ale na to szewc z krawcową
    Powtórzyli słowo w słowo
    To co przedtem: "Drogie panie,
    Darmo nic się nie dostanie."

    Z tej przyczyny kaczy ród
    Jest ubrany tak jak wprzód,
    A tu zima akurat,
    Chwycił mróz i śnieg już spadł.
     
  • Julian Tuwim
    Kapuśniaczek
    Jak wesoły milion drobnych wilgnych muszek,
    Jakby z worków szarych mokry, mżący maczek,
    Sypie się i skacze dżdżu wodnisty puszek,
    Rośny pył jesienny, siwy kapuśniaczek.

    Słabe to, maleńkie, ledwo samo kropi,
    Nawet w blachy bębnić nie potrafi jeszcze,
    Ot, młodziutki deszczyk, fruwające kropki,
    Co by strasznie chciały być dorosłym deszczem.

    Chciałyby ulewą lunąć w gromkiej burzy,
    Miasto siec na ukos chlustającą chłostą,
    W rynnach się rozpluskać, rozlać się w kałuży,
    Szyby dziobać łzawą i zawiłą ospą...

    Tak to sobie marzy kapanina biedna,
    Sił ostatkiem pusząc się w ostatnim deszczu...
    Lecz cóż? Spójrz: na drucie jeździ kropla jedna
    Już ją wróbel strząsnął. Już po całym deszczu.
     
  • Adam Asnyk
    Karmelkowy wiersz
    Bywało dawniej, przed laty,
    Sypałem wiersze i kwiaty
    Wszystkim dziewczątkom,
    Bom myślał, o piękne panie,
    Że kwiat lub słowo zostanie
    Dla was pamiątką.

    Wierzyłem - zwyczajnie - młody
    Że jeszcze nie wyszło z mody
    Myśleć i czuć,
    Że trocha serca kobiecie
    Świetnej kariery na świecie
    Nie może psuć.

    Aniołków brałem na serio
    I z śmieszną donkiszoterią
    Wielbiłem lalki,
    I gotów byłem, o zgrozo,
    Za Dulcyneę z Tobozo
    Stanąć do walki!

    Lecz dziś komedię salonu,
    Jak człowiek dobrego tonu,
    Na wylot znam;
    Z serca pożytek niewielki,
    Więc mam w zapasie karmelki
    Dla dam.
     
  • Adam Asnyk
    Karnawałowy lament poety
    O poezjo, ty nie grzejesz,
    A tu takie ciężkie mrozy!
    Dobrze jeszcze tym, co mają
    Ciepłe futra i powozy,
    Lecz nam, dzieciom Apollina,
    Strasznie zimno być zaczyna.

    Poezjami palić trzeba,
    Drzewo bowiem podrożało,
    A te dużo dają dymu,
    Ale za to ciepła mało.
    Najognistszą paląc odę
    Zamroziłem w piecu wodę.

    O szczęśliwy ten śmiertelnik,
    Co się zrodził milionerem,
    Co przy cyfrze swego mienia
    Jest ostatnim wielkim zerem,
    Bo on właśnie o tej porze
    Jest u hrabstwa na wieczorze.

    W salonowej dam cieplarni,
    Pośród kwiatów egzotycznych,
    Sam zakwita purpurowo
    Przy libacjach ustawicznych
    I podziwia dziewic grację
    Oczekując na kolację.

    Tak mu dobrze, tak mu ciepło:
    Hrabia jemu rękę ściska,
    A hrabina, ta z nim tańczy;
    Panny chcą go widzieć z bliska,
    Robiąc przy tym spostrzeżenie,
    Że ma piękne ułożenie.

    Blaskiem spojrzeń czarujących
    On się pieści i ogrzewa,
    A ja z domu uciec muszę,
    Bo mi całkiem brakło drzewa.
    Poetyczna wena skrzepła
    Trza u ludzi szukać ciepła.

    Pędzę szybko przez ulicę,
    Palto wiatrem mam podszyte;
    Jest to smutna ostateczność
    Iść się ogrzać na wizytę;
    Ale cel uświęca środki;
    A więc idę grzeczny, słodki...

    W jednym domu, w drugim domu
    Odpowiada mi służący,
    Że dziś państwo są na mieście
    Na herbacie tańcującej.
    Na to tylko ten karnawał,
    Żebym ludzi nie zastawał!

    Aż nareszcie, gdy skostniałem,
    O radości! o rozkosze!
    W jakim czwartym, piątym miejscu
    Lokaj mówi: Państwo proszą.
    Gdybym był, ach, demokratą,
    Uściskałbym jego za to.

    Wchodzę spiesznie do salonu:
    Cieplej niby niż na dworze,
    Ale pani jakaś kwaśna,
    Panna także nie w humorze
    I chłód wieje nieustanny
    Z twarzy pana, pani, panny.

    A rozmowa, jak po grudzie:
    To podskoczy, to ustanie,
    Choć dom cały błyszczy w świecie
    Przez wykwintne wychowanie
    I w ogólnym tu pojęciu
    Jest przybytkiem muz dziewięciu.

    Rozmawiamy więc o wszystkiem:
    O Bulwerze i Kaulbachu,
    O muzycznym towarzystwie,
    O Mozarcie, Glucku, Bachu,
    O Alhambrze i Walhallii
    I tam dalej, i tam dalej.

    Panna bowiem co minuta
    Z ust wyrzuca wielkie imię.
    Ja powtarzam, ale widzę
    Na fotelu pan już drzymie.
    Chcę odchodzić, gdy wtem matka
    Mówi do mnie: Jest herbatka.

    Ach, herbata, ta herbata,
    Co podają nam we Lwowie!
    Ta nikomu wyjść nie może
    Na pożytek i na zdrowie:
    Biedny jesteś, nieboraku,
    Co ją pijesz bez araku.

    Trzeba było jednak spełnić,
    Ocukrzoną czarę do dna,
    Szczęście jeszcze, że na drugą
    Prosić tutaj rzecz nie modna.
    Nie odniosłem zatem szwanku:
    Cieplej było po rumianku.

    Aż tu, widzę, panna idzie
    Z miną dziwnie zamyśloną
    I przynosi wielką księgę,
    Bardzo ładnie oprawioną;
    Z trwogą patrzę się tajemną,
    Że ją kładzie tuż przede mną.

    I wspierając się o stolik,
    Z wielkim wdziękiem się kołysze
    Mówiąc do mnie: Ja słyszałam,
    Że pan zdolnie wiersze pisze,
    Do albumu więc mojego,
    Pan wymyśli co ładnego.

    Jest tu dużo wielkich ludzi
    Gapczykiewicz, Totumfacki
    I ten Gucio, co to robi
    Lepsze wiersze niż Słowacki.
    Tylko brak mi jeszcze pana,
    Ale jego grzeczność znana...

    Ha, co robić! Za herbatę
    Trzeba album wziąść przez grzeczność!
    I powracać z nim do domu
    Smutna, smutna ostateczność!
    Tak więc dźwigam wielką księgę
    Klnąc te mrozy na potęgę.

    Spać za wcześnie - to mię zmusza
    Do miejskiego wejść kasyna
    I spotykam mego krawca,
    Co o dług się upomina;
    A tam krawcy znaczą tyle,
    Co w Egipcie krokodyle...
     
  • Julian Tuwim
    Karta z dziejów ludzkości
    Spotkali się w święto o piątej przed kinem
    Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

    Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
    Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

    Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
    Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

    Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
    I poszedł do kina z tutejsza idiotką.

    Na miłym macaniu spłynęła godzinka
    I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

    Aż wreszcie szepnęła: - kretynie tutejszy!
    Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

    Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
    Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

    Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
    Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

    W ten sposób dorobią się córki lub syna:
    Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.

    By znowu się mogli spotykać przed kinem
    Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.
     
  • Jan Brzechwa
    Katar
    Spotkał katar Katarzynę -
    A - psik!
    Katarzyna pod pierzynę -
    A - psik!
    Sprowadzono wnet doktora -
    A - psik!
    "Pani jest na katar chora" -
    A - psik!
    Terpentyną grzbiet jej natarł -
    A - psik!
    A po chwili sam miał katar -
    A - psik!
    Poszedł doktor do rejenta -
    A - psik!
    A to właśnie były święta -
    A - psik!
    Stoi flaków pełna micha -
    A - psik!
    A już rejent w michę kicha -
    A - psik!
    Od rejenta poszło dalej -
    A - psik!
    Bo się goście pokichali -
    A - psik!
    Od tych gości ich znów goście -
    A - psik!
    Że dudniło jak na moście -
    A - psik!
    Przed godziną jedenastą -
    A - psik!
    Już kichało całe miasto -
    A - psik!
    Aż zabrakło terpentyny -
    A - psik!
    Z winy jednej Katarzyny -
    A - psik!
     
  • Adam Asnyk
    Kiedym Cie żegnał
    Kiedym cię żegnał, usta me milczały
    I nie widziałem jakie słowo rzucić,
    Więc wszystkie słowa przy mnie pozostały,
    A serce zbiegło i nie chce powrócić.
    Tyś powitała znów swój domek biały,
    Gdzie ci słowiki
    będę z wiosną nucić,
    A mnie przedziela
    świat nieszczęścia cały,
    Dom mój daleko i nie
    mogę wrócić.

    Tak mi boleśnie, żem
    odszedł bez echa,
    A jednak lepiej, że
    żadnym wspomnieniem
    Twych jasnych marzeń
    spokoju nie skłócę,

    Bo tobie jutrznia
    życia się uśmiecha,
    A ja z gasnącym
    żegnam cię promieniem
    I w ciemność idę i
    już nie powrócę.
     
  • Jan Brzechwa
    Kijanki
    Wystroiły się kijanki
    W sukieneczki z wodnej pianki.

    Podziwiały je szczupaki:
    "Proszę państwa, kto to taki?

    Nie kijanki, lecz panienki,
    Takie strojne ich sukienki!"

    "Nie bywało takich jeszcze"
    - Zachwycone rzekły leszcze.

    "Moda piękna i na czasie"
    - Odezwały się karasie.

    Tak pochlebne słysząc wzmianki
    Napuszyły się kijanki.

    Rzekła jedna: "Szczupak zna się,
    Również znają się karasie,

    A na przykład głupie żaby
    Za nic mają te powaby."

    Druga rzekła: "Moja miła,
    Ja bym zaraz się zabiła,

    Gdybym była taką żabą."
    "Nie mów! Robi mi się słabo,

    Gdy pomyślę o tym tylko,
    Już wolałabym być kilką,

    Szprotką, flądrą w galarecie,
    Ale żabą? Za nic w świecie."

    Tak ze sobą rozmawiały,
    A tu dzień upłynął cały

    Chciały zacząć od początku,
    Lecz coś było nie w porządku,

    Bo spostrzegły nagle nocą,
    Że nie mówią, lecz rechocą.

    I ujrzały w brzasku ranka,
    Że kijanka - nie kijanka,

    Tylko żaba, co rada by
    Iść czym prędzej między żaby.

    Otóż macie prawdę mądrą:
    Flądra zawsze będzie flądrą,

    Szprotka szprotką, kilka kilką,
    A kijanka - żabą tylko.
     
  • Jan Brzechwa
    Klej
    Idzie klej i po kolei Napotkane rzeczy klei: Stołki, szklanki, filiżanki,

    Salaterki, wazy, dzbanki,
    Talerzyki, flaszki, miski,

    Garnki, wiadra i półmiski,
    Nawet ławki, nawet szafki,

    Nawet książki i zabawki.
    Już posklejał kuchnię całą,

    A tu ciągle mu za mało,
    Wysmarował w pół godziny

    Wszystkie kołdry i pierzyny,
    Cały dom się klei, lepi,

    A on chciałby jeszcze lepiej.
    Naraz wzięła go ochota,

    Co się rzadko komu zdarza,
    Że przykleił psa do kota,

    Kota zaś do kominiarza,
    Zlepił z sobą dwie kumoszki,

    Które miały jakieś sprawki,
    Szyld przykleił do dorożki,

    A burmistrza do sikawki.
    W mieście straszne widowisko.

    Z każdą chwilą coraz gorzej,
    Już się wszystkim lepi wszystko

    I odlepić się nie może.
    Już nie idzie nikt aleją,

    Posklejane lampy gasną
    I powieki tak się kleją,
    Że za chwilę wszyscy zasną.
     
[1]2 3 »»

Regulamin | Kontakt | Polityka Cookies

.:: Copyright © 2009-2017 ekarteczka All Rights Reserved. Powered ekarteczka.pl ::.N
54.156.69.204 -> czas generowania strony: 0.00810503959656 sek.
[Polecamy] Kartki | Kartki Walentynkowe

statystyka