Dzisiaj jest piątek 31 marzec - 90 dzień roku, do końca pozostało 275 dni.
Imieniny: Gwidon, Beniamin, Kornelia, Dobromira, Balbina, Amos
  • Hasło:
  • Zapamiętaj mnie
NASI PARTNERZY

KATEGORIE

Kartka dnia
SZYBKIE MENU

STATYSTYKI
Wiersze
Szukany wiersz:
Poeta:
 A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P R S Ś T U W X Z Ż 
  • Jadwiga Ruth Charlewska
    Babunia i świerszcz
    Za piecem zamieszkał świerszcz.
    W noc jesienną, w chłód i deszcz,

    Grał na skrzypcach dla babuni,
    Jak na polach zboże szumi,

    Wiatr otrząsa kwiat jabłoni,
    Obok biały niebem goni,

    Że na łąkach niezabudki
    Patrzą oczkiem niebieściutkim.

    A w ogrodach zmierzch majowy,
    Słychać koncert słowikowy,

    Że ptak huśta się na sosnach
    I że wkrótce będzie wiosna.

    Piosenki babci wyczarował,
    Deszcz i wicher mu wtórował,

    A babunia w swym fotelu,
    Słuchając świerszczowych trelów,

    Wzdycha sobie: o mój Boże,
    Znowu jesień jest na dworze.
     
  • Aleksander Fredro
    Bajeczka o osiołku
    Osiołkowi w żłoby dano,
    W jeden owies, w drugi, siano.
    Uchem strzyże, głową kręci.
    I to pachnie, i to nęci.
    Od któregoż teraz zacznie,
    Aby sobie podjeść smacznie?
    Trudny wybór, trudna zgoda -
    Chwyci siano, owsa szkoda.
    Chwyci owies, żal mu siana.
    I tak stoi aż do rana,
    A od rana do wieczora;
    Aż nareszcie przyszła pora,
    Ze oślina pośród jadła -
    Z głodu padła.
     
  • Julian Tuwim
    Bambo
    Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
    Czarną ma skórę ten nasz koleżka.

    Uczy się pilnie przez całe ranki
    Ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki.

    A gdy do domu ze szkoły wraca,
    Psoci, figluje - to jego praca.

    Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!"
    A Bambo czarną nadyma buzię.

    Mama powiada: "Napij się mleka",
    A on na drzewo mamie ucieka.

    Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
    A on się boi, że się wybieli.

    Lecz mama kocha swojego synka,
    Bo dobry chłopak z tego Murzynka.

    Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
    Nie chodzi razem z nami do szkoły.
     
  • Ada Kopcińska-Niewiadomska
    Baran, baran, beee...
    Baran, baran, beee...
    czego tutaj chcesz?

    Chcę sie bawic w chowanego,
    lecz brakuje mi kolegów,
    może ktoś z was chce
    grać z baranem - beee...

    Baran, baran, beee...
    z kim się bawić chcesz?

    Chce sie bawić z dziewczynkami,
    chcę pobiegać z chłopakami,
    teraz kryjesz ty,
    zmykaj już za drzwi!

    Baran, baran, beee...
    może schowasz się?

    Gdy doliczę do dziesięciu,
    zniknę z oczu wszystkim dzieciom,
    więc szukajcie mnie,
    gdy ukryję się.

    Baran, baran, beee...
    gdzie schowałeś się?

    Już w książeczce jestem teraz,
    tu zostanę. Do widzenia!

    - Czy spotkamy się?
    - Oczywiście! Beee...
     
  • Aleksander Fredro
    Baśń o trzech braciach i królewnie
    Mrok wieczorny, - babcia siwa
    przy kominku głową kiwa.
    Nos jak haczyk, - okulary,
    Coś tam mruczy babsztyl stary.
    Snuje bajdy niestworzone,
    O królewnie Pizdolonie,
    O trzech braciach jak niewielu,
    O matuli ich z burdelu,
    Opowiada stare dzieje...
    A na dworze wicher wieje.

    Siądźcie społem panny, smyki,
    Młodojebce, stare pryki
    I nadstawcie dobrze uszy!
    Choć na polu śnieżek prószy.
    W domu ciepło i wygodnie...
    Zostaw pan w spokoju spodnie!
    Bo zawołam zaraz Mamy!...
    Sza! Uwaga! Zaczynamy!

    Za morzami, za rzekami,
    Za lasami, za górami,
    Żył przed bardzo wielu laty,
    Król potężny i bogaty,
    Dobrotliwy, szczodrobliwy,
    Ale bardzo nieszczęśliwy,
    Ciągle smutny i zmartwiony
    Z winy córki Pizdolony,
    Co choć bardzo piękna, miła,
    Lecz... nadmiernie się kurwiła.

    A dawała bez wyboru
    I rycerzom, panom dworu,
    I kucharzom, i kuchcikom,
    Giermkom, ciurom, pisarczykom,
    Na leżąco, na stojaka,
    W dupę, w cycki i na raka.
    Czy na dworze, czy w salonie,
    Czy w klozecie, czy na tronie,
    W każdej chwili, w każdym czasie
    Wciąż myślała o kutasie.

    Próżno mówił jej król stary,
    Że we wszystkim trzeba miary,
    Nie wypada bowiem pannie
    Dawać dupy bezustannie.

    Na nic się to wszystko zdało,
    Wciąż jej chuja było mało
    I na całym króla dworze
    Nikt chędożyć już nie może.
    Wszyscy byli rozjebani.
    Nawet księżą kapelani.
    Raz ją tak swędziała dupa.
    Że zgwałciła aż biskupa,
    A gdy ten ją zdupczył marnie
    - Poszła dawać pod latarnię.

    Aż do tego doszło wreszcie,
    że z burdelów wszystkich w mieście
    Od kurewskiej całej nacji
    Przyszły kurwy w delegacji.
    Ta najbardziej rozjebana,
    Padłszy przed nim na kolana,
    Z trudem tłumiąc rzewne łkanie
    Rzekła: "Królu nasz i Panie!
    Ty panując od lat wielu
    Ojcem byłeś dla burdelu.
    Burdelowy cech upada
    Kurwom grozi dziś zagłada!
    Upadają obyczaje!
    Twoja córka dupy daje!
    Na ulicy bez pieniędzy,
    Przez co wpycha nas do nędzy.
    Nikt nas dziś już nie pierdoli,
    Bo darmochę każdy woli!
    A więc najjaśniejszy panie,
    Sprawiedliwość niech się stanie!"

    Król na łzy kurewskie czuły,
    Kazał dać ze swej szkatuły
    Każdej kurwie po dukacie...
    Po czym zamknął się w komnacie
    W nocy zaś przywołał swego
    Astrologa nadwornego,
    By ten patrząc w gwiezdne szlaki
    Znalazł wreszcie sposób jaki,
    By królewnę można było
    Dobrowolnie, czy też siłą
    Wrócić znów do cnoty granic,
    A gdy to się nie zda na nic,
    Niech przynajmniej w swojej sferze
    Obłapników sobie bierze...

    Więc astrolog wziąwszy lupę,
    Zajrzał raz królewnie w dupę,
    Dwakroć cyrklem pizdę zmierzył,
    Po czym zamknął się w swej wieży.
    Tak był w pracy pogrążony,
    Taki przy tym roztargniony,
    że szukając prawdy na niebie
    W roztargnieniu srał pod siebie.
    Kręcił, wiercił teleskopem,
    Wreszcie wrócił z horoskopem
    I rzekł: "Smutną wieść, niestety
    objawiły mi planety,
    Że królewny nic nie wstrzyma.
    Na jej szał lekarstwa ni ma!
    Chyba, że się znajdzie jaki,
    Tęgi jebak nad jebaki,
    Który ją tak zerżnie pięknie,
    Że królewnie picza pęknie!
    Żywym ogniem się zapali,
    Na kawałki się rozwali.
    Wtedy będzie pizdolona
    Z czaru swego wyzwolona!
    I znów stanie się prawiczką
    Z malusieńską, ciasną piczką."

    Król, choć płakał ze zmartwienia,
    Zamknął córkę do więzienia,
    By się więcej nie puszczała.
    Tam codziennie dostawała,
    Prócz świetnego utrzymania,
    Tysiąc świec do brandzlowania,
    Wazeliny beczkę całą...
    Lecz jej tego było mało.
    Ciągle płacze, ciągle krzyczy:
    To za mało dla mej piczy!




    Wszystkim było ogłoszone
    Że kto zbawi Pizdolonę
    Ten dostanie ją za żonę
    I podzieli się królestwem
    by raz skończyć z tym kurestwem...

    Więc zjeżdżają się jebacze,
    Czarodzieje, zaklinacze,
    I rycerze, królewicze,
    By królewnie zerżnąć piczę!
    Każdy swoich sił próbuje,
    Lecz choć tęgie mieli chuje
    Na nic się to wszystko zdało,
    Bo królewnie wciąż za mało.

    Król gdy widział co się dzieje
    Stracił całkiem już nadzieję,
    Płakał, martwił się dzień cały
    Aż mu jaja posiwiały
    Bo już siwy był na głowie.

    ...A tymczasem heroldowie
    Wieści dziwne rozgłaszali
    Coraz dalej, dalej, dalej...
    Aż dotarły hen daleko,
    Gdzie za siódmą górą, rzeką,
    Stała sobie mała chatka,
    W niej mieszkała stara matka
    Wraz z synami swymi trzema,
    Którym równych w świecie nie ma.

    Każdy dzielny, tęgi, zwinny,
    ale każdy z nich był inny
    I w tym nie ma nic dziwnego:
    Każdy z ojca był innego,
    Bo w młodości swojej czasie
    Matka strasznie puszczała się.
    Była stróżką przy burdelu
    I kochanków miała wielu.

    Syn najstarszy miał chuj długi
    I gruby na kształt maczugi,
    A po bokach jego były
    jak postronki - grube żyły,
    Jakieś sęki, jakieś guzy -
    Jaja miał jak dwa arbuzy!
    A że ciągle mu bez mała
    ta ogromna pyta stała,
    Chujogromem go nazwano.

    Pizdoliza nosił miano
    Syn następny, bo lizanie
    Stawiał wyżej nad jebanie,
    I nie było mistrza w świecie,
    Co by sprostał mu w minecie.

    Cieszą matkę takie dzieci,
    Lecz niestety - smuci trzeci,
    Który rodu był zakałą,
    Bo miał kuśkę całkiem małą,
    A cieniutką na kształt glizdy
    I nie palił się do pizdy.
    Dobrze, gdy z matczynej woli
    Raz na miesiąc popierdoli.
    A że mało tak obłapia,
    Bracia mieli go za gapia.
    No i matka nawet czasem
    Nazywała go Głuptasem.

    Tak im słodko życie idzie,
    Ani w zbytku, ani w biedzie.
    Starsze bowiem dwa chłopaki
    Zarabiali w sposób taki,
    że pobożne, starsze panie
    Brały ich na utrzymanie.
    A i matka, chociaż stara,
    Też dawała za talara.
    Tylko trzeci syn - wyskrobek
    Wypinał się na zarobek.
    Że nie udał się niewiastom,
    Dawał dupy pederastom
    I ku wielkiej matki złości
    Nie brał nic od swoich gości...

    Tak im się więc dobrze żyło,
    I wygodnie, dobrze, miło.
    Aż dotarła i w ich strony
    Wieść o losie Pizdolony.
    Na zarobek więc łakoma
    woła matka Chujogroma
    I tak rzecze: "Ty, mój synu
    Idź! Dokonaj tego czynu!
    Gdy spierdolisz Pizdolonę
    To dostaniesz ją za żonę.
    Pół królestwa twoim będzie!
    Tak królewskie brzmi orędzie."

    Syn usłuchał rady matki.
    Zaraz włożył czyste gatki.
    Wymył chuja - i bez zwłoki
    Raźno ruszył w świat szeroki...
    A gdy przybył do stolicy,
    Zaraz poszedł do ciemnicy
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    brandzlowała Pizdolona.

    Pyta dębem mu stanęła,
    Więc się ostro wziął do dzieła
    I za pierwszym sztosem leci
    Błyskawicznie drugi, trzeci,
    Czwarty, piąty - aż nareszcie
    Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście
    I utracił siłę całą -
    Lecz królewnie wciąż za mało!
    Tak był potem osłabiony,
    Że zleźć nie mógł z Pizdolony,
    Aż musiały dworskie ciury
    Ściągnąć go za dupę z dziury,
    I zanieśli omdlałego,
    Do szpitala zamkowego.

    A królewna ciągle krzyczy,
    Że to mało dla jej piczy!

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje,
    Baśń się baje, czas ucieka,
    Chujogroma matka czeka,
    W końcu martwić się zaczyna -
    Że nie widać skurwysyna...

    Aż ją doszły straszne wieści...
    Powstrzymując łzy boleści,
    Pizdoliza do się wzywa
    I w te słowa się odzywa:
    - "Bratu, rzecz to nie do wiary,
    Nie powiodły się zamiary.
    Kutas zmarniał mu, niestety -
    Idź więc ty, spróbuj minety!"

    I Pizdoliz wnet bez zwłoki,
    Ruszył prędko w świat szeroki.
    W końcu zaszedł do stolicy.
    Tam się udał do ciemnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    Brandzlowała Pizdolona.

    Zaraz ją za piczę łapie
    I minetę tęgo chlapie
    Język jego na kształt węża
    To się spręża, to rozpręża,
    To się wije jak sprężyna,
    W pizdę wwiercać się zaczyna,
    To po wierzchu, to od środka.
    Kręci na kształt kołowrotka,
    To się zwija znów jak fryga,
    że gdy patrzeć - w oczach miga.
    Doba tak za dobą mija,
    On jęzorem wciąż wywija.
    Lecz z nim także to się stało
    Że utracił siłę całą.
    Więc i jego dworskie ciury
    ściągnęły za dupę z dziury,
    I wyniosły omdlałego,
    Do szpitala zamkowego.
    A królewna ciągle krzyczy,
    Że to mało dla jej piczy!

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje,
    Baśń się baje, czas ucieka,
    Pizdoliza matka czeka,
    I już martwić się zaczyna -
    Bo nie widać skurwysyna...

    W końcu widząc, że nie wraca
    Myśli: "Na nic moja praca...
    Biedna dola jest matczyna.
    Oto już drugiego syna
    Losy wzięły mi zdradziecko!
    Jedno mi zostało dziecko,
    I do tego całkiem głupie".

    ...Głuptas miał to wszystko w dupie.
    Raz spokojnie po jedzeniu
    Chciał pochrapać sobie w cieniu.
    Coś mu jednak spać nie daje,
    Coś go ciągle gryzie w jaje.
    Więc się prędko zrywa z trawy,
    W portki patrzy się ciekawy
    A tu się po jajach szwenda
    Niby chrabąszcz - wielka menda!

    Głuptas już rozpinał gacie,
    By ją zgubić w sublimacie,
    Gdy wtem menda nieszczęśliwa
    Ludzkim głosem się odzywa:
    "Nie zabijaj chłopcze luby!
    Czemu pragniesz mojej zguby?
    Menda też stworzenie boże,
    Że inaczej żyć nie może
    I że czasem w jajo utnie -
    Nie gubże jej tak okrutnie!"
    Głuptas to serca bierze,
    Myśli sobie: "Biedne zwierzę,
    Że mnie utniesz, cóż to złego?
    Przecież nie zjesz mnie całego...
    A pocierpieć czasem mogę
    Idź więc dalej w swoją drogę!"

    A tu nagle menda znika
    I zmienia się w czarownika,
    Czarownika - czarodzieja,
    I do swego dobrodzieja,
    Co się w strachu z miejsca zrywa,
    W takie słowa się odzywa:
    - "Że litości miałeś względy
    Dla bezbronnej, słabej mendy
    I żeś jej darował życie -
    Wynagrodzę cię sowicie.
    Dam ja ci wskazówki pewne
    jak spierdolić masz królewnę.
    Sił twych mało tu potrzeba
    Jest kondona - samojeba,
    Który ma tę dziwną siłę,
    Że gdy włożysz na swą żyłę
    I rozkażesz - on za ciebie
    sztos za sztosem ciągle jebie
    Czarodziejską mocą cudną!
    Ale zdobyć go jest trudno...
    Dupa strzeże go zaklęta,
    Na przechodniów wciąż wypięta,
    Z której mocą złego ducha
    Ustawicznie ogień bucha.
    I czy z bliska, czy z daleka,
    Żarem swoim wszystko spieka.
    I w tym mocnym, wielkim żarze
    Dupa się całować każe,
    Lecz gdy powiesz do niej słowa:
    - "Niech się ogień w dupie schowa!
    Sama się pocałuj właśnie!"
    - Wtedy ogień w dupie zgaśnie.
    I powoli, z dobrej woli,
    Kondon zabrać ci pozwoli.
    Za twą dobroć ja ci mogę
    Do tej dupy wskazać drogę.
    Weź ten kłębek z sobą razem,
    On ci będzie drogowskazem!
    Rzuć na ziemię i idź wszędzie,
    Gdzie się kłębek toczyć będzie.
    Lecz pamiętaj zawsze święcie
    Czarodziejskie to zaklęcie!"

    Tu czarownik, niby mara,
    Zniknł i rozwiał się jak para.
    Głuptas wstaje ucieszony,
    Bierze kłębek, rozbawiony,
    I nie mówiąc nic nikomu
    Po kryjomu znika z domu.

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje.
    Głuptas idzie, nie ustaje,
    Coraz nowe mija kraje.
    Gdy stu granic minął słupy
    Zaszedł wreszcie aż do dupy,
    Z której ogień wieczny tryska.
    A podszedłszy do niej z bliska,
    Rozżarzonej nad pojęcie,
    Czarodziejskie swe zaklęcie
    Głuptas z całej siły wrzaśnie:
    "Sama się pocałuj właśnie!..."
    Wtedy dupa zawstydzona,
    Puściła go do kondona.

    Więc z kondonem, ucieszony,
    Pędzi wnet do Pizdolony.
    A gdy przybył do stolicy,
    Zaraz poszedł do ciemnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    Brandzlowała Pizdolona.

    Wkłada kondon na kutasa
    I... O dziwo! U głuptasa
    Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
    Na olbrzyma się rozrasta!
    Na sto chujów się rozdziela
    Każdy gruby, jak ta bela,
    Każdy twardy, jak ze stali,
    Każdy długi na sto cali!
    Wszystkie chuje z całej siły
    Na królewnę się rzuciły,
    Każdy się jej w piczę wwierca,
    Każdy końcem sięga serca,
    Każdy jej się w piczy grzebie,
    Każdy jebie, jebie, jebie...
    Głuptas leży bez wysiłku,
    Czasem klepnie ją po tyłku
    Czasem w cycki pocałuje,
    A samojeb piczę pruje.
    Aż królewna Pizdolona
    Zchędożona, spierdolona,
    Ze zmęczenia ledwo żywa,
    Krzyczy: - Cipa się rozrywa!

    Takie przy tym tarcie było,
    Aż się w piczy zapaliło.
    By ugasić pożar ciała,
    Straż zamkowa przyjechała
    Z toporami, z bosakami,
    Sikawkami i kubłami,
    Słowem - z całym inwentarzem
    Używanym przy pożarze.
    I po długiej, ciężkiej pracy
    Ugasili ją strażacy.

    Tak została Pizdolona
    Z czaru swego wybawiona,
    I znów stała się prawiczką
    Z malusieńką, ciasną piczką.
    Głuptas dostał zaś w podziękę
    Pół królestwa i jej rękę.

    Król był taki ucieszony,
    Ze zbawienia Pizdolony,
    Że pomimo swej starości
    Kapucyna rżnął z radości,
    Tak się znowu poczuł młody
    Potem zaś wyprawił gody
    Głuptasowi z Pizdoloną -
    Mnie na gody zaproszono.
    Więc jak mówię, też tam byłam.
    Jadłam, piłam, pierdoliłam,
    Bawiłam się z nimi społem,
    Aż zasnęłam gdzieś pod stołem...

    Tu bajka dobiega końca
    Już za oknem patrzeć słońca
    Przy kominku babcia siwa
    Coś mamrocze, głową kiwa
    Dając dziatwie pouczenia
    O rozkoszach chędożenia.


    Których i Wam czytelnicy
    Autor tej powiastki życzy!
     
  • Adam Asnyk
    Bez granic
    Potoki mają swe łoża -
    I mają granice morza
    Dla swojej fali -
    I góry, co toną w niebie,
    Mają kres dany dla siebie,
    Nie pójdą dalej!

    Lecz serce, serce człowieka,
    Wciąż w nieskończoność ucieka
    Przez łzy, tęsknoty, męczarnie,
    I wierzy, że w swoim łonie
    Przestrzeń i wieczność pochłonie
    I niebo całe ogarnie.
     
  • Adam Asnyk
    Bez odpowiedzi
    Nie znali nigdy, co to jest dostatek,
    Lecz znali tylko - co trud i potrzeba;
    Nieraz im brakło mleka w piersiach matek,
    Nieraz im brakło na zagonach chleba...
    Nie znali nigdy tej pomyślnej doli,
    W której bez troski o jutrzejszą strawę
    Duch ludzki, z mroku budząc się powoli,
    Na światło oczy otwiera ciekawe,
    Gdyż od kolebki czatowała bieda,
    Co duszy dziecka rozwinąć się nie da.

    Los im poskąpił wszystkich swoich darów
    I dał im środków do walki za mało.
    Prócz życia trudów i życia ciężarów,
    Jedno im prawo - do życia zostało.
    Jednak znosili swą nędzę cierpliwie,
    Jako istnienia warunek niezmienny;
    Marząc o przyszłym a bogatszym żniwie
    Zapominali o trosce codziennej,
    Żądając w zamian za pracę mozolną,
    By im wraz z dziećmi wyżyć było wolno.

    Lecz teraz próżne wszelkie wysilenia!
    Żadna wytrwałość zbawić ich nie może:
    Głód - ciała w żywe szkielety zamienia,
    Kładąc w ciemnościach na zmrożone łoże.
    Dziś nie o sytość, lecz o żywot idzie,
    Gdyż to nie zwykłej nędzy widmo blade,
    Lecz śmierć głodowa w całej swej ohydzie
    Tysiącom rodzin zwiastuje zagładę;
    W zimowej nocy wchodzi w ich mieszkania,
    Przynosząc męki wolnego konania.

    To śmierć głodowa! Przy zgasłym ognisku
    Zasiada wlokąc całun lodowaty
    I matkom dzieci porywa z uścisku,
    I nagie trupy zostawia wśród chaty,
    I kroczy dalej w upiora postaci
    Rozpościerając gorączkowe dreszcze...
    A zmarły wstaje, by zabijać braci,
    Za krzywdy swoje mszcząc się w grobie jeszcze,
    I rozszerzając zaraźliwe tchnienia
    Idzie do ludzi przemawiać sumienia.

    A ci, co jeszcze wśród mogił zostali,
    Aby oglądać męczarnie swych rodzin,
    Trawieni ogniem, co wnętrzności pali,
    Mierzą ostatek uchodzących godzin
    I patrzą w otchłań... szukając gdzieś na dnie
    Nie uchwyconej ocalenia mocy.
    Ale myśl w próżni kręci się bezwładnie
    I gaśnie w głuchej odrętwienia nocy...
    I nic nie mogąc odnaleźć, nędzarze,
    Chylą z rozpaczą wychudzone twarze.

    Wiedzą, że wszędzie ta sama dokoła
    Głodowej śmierci konieczność straszliwa,
    Że brat ratunku udzielić nie zdoła,
    Bo sam go teraz daremnie przyzywa.
    Więc milczą - patrzą na śniegu posłanie,
    Słuchają wiatru żałobnego wycia
    I w ciemność smutne rzucają pytanie:
    Gdzie jest ich prawo najświętsze do życia?
    Czemu są na śmierć skazani i za co,
    Gdy na chleb ciężką zarabiali pracą?

    Kto im odpowie na ten wykrzyk głuchy?
    Ludzkość zostanie w odpowiedzi dłużną,
    Bo choć szlachetne poruszą się duchy
    I miłosierdzie pospieszy z jałmużną,
    Rzucone wsparcie nie rozstrzygnie w niczem
    I w niczym ciemnych pytań nie rozświeci,
    I ziemia dalej z sfinksowym obliczem
    Będzie pożerać pracujące dzieci,
    A ludzkość będzie roztrząsać, ciekawa,
    Ten zgrzyt w harmonii społecznego prawa.
     
  • Jan Brzechwa
    Bezsenność
    Noc przypływa południową aleją
    I prócz ludzi - nie zasmuca nikogo,
    Moje oczy niekochane maleją,
    Ale usnąć, ale zniknąć nie mogą.

    Pod znużoną, niepieszczoną powieką
    Mętne dale zamierają i giną;
    To do ciebie tak daleko, daleko,
    Moja rzewna, moja dziwna Alino.

    Czemu wszystko we mnie milknie i blednie,
    Zanim jeszcze serce niemoc swą wyzna?
    Co przede mną tak ukrywa bezwiednie
    Twoich oczu niedostępna obczyzna?

    W co się biedne moje słowa obleką,
    Gdy już wreszcie do twych głębin dopłyną?
    To do ciebie tak daleko, daleko,
    Moja rzewna, moja dziwna Alino...

    Za to nocą ponad twoim wezgłowiem
    Przelatuję ni to duch, ni to ciało,
    Lecz nikomu o tym nigdy nie powiem
    I zataję mą bezsenność zuchwałą.

    Pod znużoną, niepieszczoną powieką
    Mętne dale zamierają i giną,
    To do ciebie tak daleko, daleko,
    Moja rzewna, moja dziwna Alino...

    Noc odpływa niewiadomą aleją,
    Świt prócz ludzi - nie zasmuca nikogo,
    Moje oczy niekochane maleją,
    Ale usnąć, ale zniknąć nie mogą.
     
  • Adam Asnyk
    Bławatek
    Jaki to chłopiec niedobry!
    Tak mnie wciąż zbywa niegrzecznie,
    Muszę się gniewać na niego,
    Gniewać koniecznie.

    Niedawno wyrwał mi z ręki
    Zerwany w polu bławatek
    i przypiął sobie do piersi
    Skradziony kwiatek.

    I jeszcze żartował ze mnie,
    Gdym się żaliła na psotę,
    Bo mówił, że ma coś więcej
    Ukraść ochotę.

    Że oczy moje piękniejsze
    Niźli ten kwiatek niebieski,
    Że chce pić rosę z bławatków,
    A z oczów łezki.

    I mówił dalej niegrzeczny,
    Że mnie rodzicom ukradnie,
    Tak straszyć kogo, doprawdy
    Że to nieładnie.

    Chciałabym gniewać się bardzo! -
    Nie widzieć więcej... ach! trudno;
    Wiem, że mnie samej bez niego
    Byłoby nudno.

    Ale go muszę ukarać,
    Podstępu na to użyję:
    Będę umyślnie płakała,
    Niech łezki pije!
     
  • Adam Asnyk
    Bodaj owa rzeczka...
    Bodaj owa rzeczka szuwarem zarosła,
    Która mnie młodego w obcy kraj zaniosła.
    Bodaj owa rzeczka rybek nie rodziła,
    Która mnie młodego z domem rozłączyła.
    Bodaj owa rzeczka wyschła do ostatka,
    Że mnie tam zaniosła, gdzie nie znajdzie matka.

    "Nie trzeba ci było, o mój chłopcze młody,
    Puszczać się tak łatwo na wezbrane wody.
    Nie trzeba ci było z domu się wydzierać,
    Nie musiałbyś teraz z tęsknoty umierać.
    Rzeczka będzie rzeczką i wciąż będzie płynąć -
    Wstecz nie wróci woda, musisz marnie ginąć!
    A twojej mogiły nie obleją łzami,
    Tylko nad nią burze będą wyć nocami!
     
[1]2 »»

Regulamin | Kontakt | Polityka Cookies

.:: Copyright © 2009-2017 ekarteczka All Rights Reserved. Powered ekarteczka.pl ::.N
54.197.159.173 -> czas generowania strony: 0.0150649547577 sek.
[Polecamy] Kartki | Kartki Walentynkowe

statystyka