Dzisiaj jest wtorek 26 wrzesień - 269 dzień roku, do końca pozostało 96 dni.
Imieniny: Euzebiusz, Justyna, Cyprian, Damian
  • Hasło:
  • Zapamiętaj mnie
NASI PARTNERZY

KATEGORIE

Kartka dnia
SZYBKIE MENU

STATYSTYKI
Wiersze
Szukany wiersz:
Poeta:
 A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P R S Ś T U W X Z Ż 
  • Julian Tuwim
    Ab Urbe Condita
    Zaraz nazajutrz, tj:
    Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc
    Dziewięćset Czterdziestego Piątego,
    Kiedy skwierczące miasto
    Dogorywało, jak ofiarna jałowica na religijnym stosie
    I tylko drgawkami kończyn świadczyło o życiu,
    Które było śmiercią,
    I dyszało, konając, czadem spalenizny,
    Jak sierść całopalnego zwierzęcia;
    I kiedy po drabinach dymu
    Już się w niebiosa wspinała Warszawa,
    Aby dalekim prapokoleniom
    Na wysokościach
    Zaświecić kiedyś mitem astralnym,
    Ognistą legendą,
    A tutaj zostać wygasłym kraterem,
    Kraterem wulkanu do dna wykrwawionym -
    Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc Dziewięćset
    Czterdziestego Piątego,
    Na rogu Ruin i Kresu,
    Na rogu Gruzów i Śmierci,
    Na rogu Zwalisk i Zgrozy,
    Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,
    Co padły sobie w płonące objęcia,
    Żegnając się na zawsze, całując płomiennie -
    Zjawiła się pękata warszawska babina,
    Nieśmiertelna paniusia z chusteczką na głowie,
    Postawiła, dnem do góry, skrzynkę na rumach,
    Podparła ją - meteorem: jakimś szczątkiem Miasta
    I zawołała nieśmiertelnym tonem:
    "Do chierbaty, do chierbaty,
    Do świeżego ciasta!"

    Nie widziałem jej, ale widzę:
    Łzy się toczą
    Z jej - mimo wszystko - uśmiechniętych oczu.

    Mogła się zjawić Niobą-Źałobą,
    Furią wieszczącą, panią Hiobową,
    Rachelą, dzieci swoje plączącą -
    I też by jej uwierzono.

    Mogła przyfrunąć wiedźmą na mietle
    Czy upiorzycą w krwawiącym świetle
    Dnia zgliszczowego -
    I też by jej uwierzono.

    Mogła - bajeczna Wielka Piotrzyca -
    W patos jambiczny zestroić słowa,
    Że nowy wstanie gród z rumowisk
    "Na złość dufnemu sąsiadowi"-
    I też by była prawdziwa...

    Mogła stanąć na skrzynce wzniosłym monumentem,
    Upozować się pięknie i zadeklamować:
    "Per me se va nella citta dolente" -
    I nikt by się nie zdziwił.

    Ach, mogła wreszcie, Klio nie Klio,
    Liwiusz w spódnicy,
    Siąść na kamieniach wymarłej stolicy
    I byle gwoździem na byle cegle
    Wyskrobać tytuł:
    "Od założenia miasta"---

    Ale ona-inaczej:
    "Do chierbaty, do chierbaty,
    Do świeżego ciasta!"
    Założycielko! Pionierko! Muzo!
    Dziś - stuk i łomot w całej Warszawie
    Ku twojej sławie!

    Dziś każdy murarz każdą nową cegłą
    Pomnik twój wznosi!
    I cała Polska-paniusiu! paniusiu!-
    Wieczność twą głosi.
    Woła gdyński port
    - sława!
    Wołają warsztaty łódzkie
    - sława!
    Śląskie kopalnie i huty
    - sława!
    Wrocław - miasto wojewódzkie
    - sława! sława!
    Szczecin - miasto wojewódzkie
    - sława! sława!
    Sława królowej w koronie ruin,
    Której na imię po prostu: Warszawa!
     
  • Adam Asnyk
    Abdykacja
    Sukienkę miała w paseczki
    Perkalikową,
    We włosach polne kwiateczki,
    Twarzyczkę zawsze różową;
    Nie było piękniejszej dzieweczki
    Daję wam słowo.

    Była doprawdy królewną
    Cudownych krajów
    I miała orkiestrę śpiewną
    W królestwie zielonych gajów,
    I armię kwiatów powiewną,
    Brzegiem ruczajów.

    Gdy zbrojna ruszyła w pole
    Wraz z wojskiem swojem,
    Wszystko spełniało jej wolę;
    Słynęła w świecie podbojem
    I mnie zabrała w niewolę
    Nad jasnym zdrojem.

    Miała na swoje rozkazy
    Nadziemskie moce,
    Poranki słodkiej ekstazy,
    Rajskich pożądań owoce,
    Gwiaździstych sfer krajobrazy,
    Wiosenne noce.

    Nie wiem, dlaczego złożyła
    Berło liliowe
    I na koronki zmieniła
    Swoje korony tęczowe.
    Wiem, że Arkadia straciła
    Swoją królowę.

    Dziś tylko... wielką jest damą,
    Strojną bez miary:
    Ma pałac z herbem nad bramą,
    Kaprysy spełnia mąż stary;
    Ale już nie jest tą samą,
    Znikły, ach! czary.

    I chód króluje na balu
    W każdym salonie,
    Znać na niej jakiś cień żalu...
    I marzy, wspierając skronie,
    O swej sukience z perkalu
    I polnych kwiatów koronie.
     
  • Julian Tuwim
    Abecadło
    Abecadło z pieca spadło,
    O ziemię się hukło,
    Rozsypało się po kątach,
    Strasznie się potłukło:
    I - zgubiło kropeczkę,
    H - złamało kładeczkę,
    B - zbiło sobie brzuszki,
    A - zwichnęło nóżki,
    O - jak balon pękło,
    aż się P przelękło.
    T - daszek zgubiło,
    L - do U wskoczyło,
    S - się wyprostowało,
    R - prawą nogę złamało,
    W - stanęło do góry dnem
    i udaje, że jest M.
     
  • Julian Tuwim
    Aere perennius
    Pomnik trwalszy nad spiż własnym żywotem wzniósł,
    Górą trudów się wzbił ponad Giewontu szczyt,
    I nie skruszy go czas ani go przeżre rdza,
    Ani stokrotny wiek skazy nie znajdzie w nim.

    Nie pomogła mu śmierć, nie wyzwolił go zgon,
    Ale skazał na straż sumień naszych i serc,
    I gdy drgniemy - to on gniewnie spojrzał spod brwi,
    Głośniej bijąc we krwi, niźli Zygmunta dzwon.

    Prawdę wskrzesił ze słów: cnota, honor i czyn,
    Ciałem stały się znów, laur na gruzach ich wzrósł.
    Stary mógłby mu Rzym na Capitolium
    Wznieść kolumnę na grób, pisząc: virtutibus.

    Muzo! Wieczny to rytm, w którym ku trumnie tej
    Scandet cum tacita virgine pontifex!
    Milcząc, módlmy się tak: wieczny, wieczny jest duch,
    Jedna droga na szczyt - przez samotność i trud.
     
  • Jan Brzechwa
    Alchemia roślin
    Dzień gorętszy od serca nie sprzyja marzeniu -
    Ucieknijmy od słońca i uśnijmy w cieniu,

    Będzie skwarne południe wisiało nad nami,
    Będą drzewa szumiały w nasz sen gałęziami,

    Srebrna miazga obłoków przypomni powiekom,
    Podróż taką niebyłą, i taką daleką,

    I to wszystko, co nigdy nie staje się we śnie,
    Tego dnia śnić się będzie wszystkim jednocześnie.

    Przyjdzie człowiek o jednem roślinnem imieniu
    I pstrokatą dziewczynę zacałuje w cieniu:

    Drzewny duch ich połączy i wiośnie przeznaczy,
    Aż każdemu się przyśnią dziwniej lub inaczej.

    Pójdą razem ulicą od sieni do sieni,
    Do domów, gdzie cieniście będziemy uśpieni,

    I powierzą nam swoje skłócone imiona,
    Pstrokate i roślinne - te dwa: on i ona.

    Od tych imion się zacznie. Bo gdy imię śni się,
    Niknie zarys cielesny, a duch trwa w zarysie,

    Aż resztę oczu gasi mimowolna władza,
    Która nieprzebudzonych ze snu wyprowadza.

    śpieszmy się! Czas nam w drogę, a niema już czasu,
    Drzwiami można wypłynąć, nie ruszając zasuw,

    I w te światy roślinne i światy pstrokate
    Popłynąć na kwietniową, na nową krucjatę.

    Śpieszmy się! Czas nam w drogę! Świat za światem dąży
    I z daleka lśni obłok atłasowej komży.

    Ach, to Bóg się przyłączył do naszych koszmarów,
    Opuściwszy swych niebios księżycowy parów:

    Wspólna leży nam droga i niewiara wspólna,
    I buszuje przed nami nicość nieutulna,

    I światy niebywałe, zaklęte w imiona,
    Pstrokaty i roślinny - te dwa: on i ona.

    Karczma wisi na drodze. Popłyńmy do karczmy
    I byt jej zielonością kwietniową obarczmy...

    Tam w gąsiorach z bursztynu jest patoka złota
    Dla ptaków i aniołów strudzonych w przelotach.

    Nie zna trudu marzenie wyzwolone z ciała,
    Płyńmy, płyńmy dopóki jawa nie nastała.

    Jakiś kościół pękaty w słońcu nas dogonił,
    Całą kwadrę za nami kopułami dzwonił,

    Aż się wreszcie uwikłał w lazurowych gąszczach
    I odleciał z brzęczeniem złotego chrabąszcza.

    Jeszcze słońce, na oślep, tratując przestrzenie,
    Chlusnęło w naszą smugę zawistnym płomieniem,

    I stoczyło się w próżnię, gdzie wieczność pochmurna
    Włożyła je na palec, jak pierścień Saturna.

    Odtąd nic się nie działo niżej, ani wyżej,
    Nie było już oddali, nie było pobliży,

    Wieczność stała się czasu i kresu mogiłą,
    Ale samej wieczności także już nie było,

    I nasz lot, odkąd minął kosmiczne ogromy,
    Pozbawiony tych mijań - stał się nieruchomy,

    I jeszcze tylko drgały raz-po-raz imiona:
    Pstrokate i roślinne. Te dwa. On i ona.

    Z dwojga imion powstało nowe imię - trzecie -
    Nieznane jak świat światem, nienazwane w świecie,

    Obudziło nas wszystkich uśpionych w południe,
    Ocuciło nam dusze wędrujące złudnie,

    I kazało klęczącym pod gwiezdną ulewą,
    W dół i w górę wyrastać, jak zielonym drzewom.

    Przyjdźcie do mnie i spójrzcie jak szumię wysoko
    Moją duszą liściastą i drzewną powłoką,

    Przyjdźcie do mnie, do prostej, wesołej topoli,
    Której nic już się nie śni i nic już nie boli.
     
  • Julian Tuwim
    Alkohol
    Te banalne walce kawiarniane
    Urastają w tragiczne psalmodie!
    Myśli moje, tańczące, pijane,
    Ciebie w smętne wplatają melodie.

    O, jak wyją te straszne walczyki,
    Jak de szarpią, wplecioną w męczarnię!
    Oczy moje, jak ostre okrzyki,
    Przeszywają gorącą kawiarnię!

    Pięścią walę! Kurcz ściska mi palce.
    Spazm tęsknoty ( - o, przyjdź!) w gardle duszę!
    I te głupie kawiarniane walce
    Rozpinają mi na krzyżu duszę!

    Potem konam przy Tobie, kochance,
    Co z tortury tycfa walców mnie wzywa,
    Aż nas wreszcie, przy którejś-tam szklance,
    Czarny sen, czarny wicher porywa.
     
  • Adam Asnyk
    Apostrofa
    Dałem cl żywot mój - to nie wiele!
    Żywotów takich tysiąc dziś przepada;
    Dałem ci miłość mą, o aniele!
    Lecz cóż z miłości, co jak łez kaskada
    Kołysze ucho twe w takt i pieści,
    A w strofie życia piorunów nie mieści?...

    Mamże jak Narcyz stać, wdzięczny sobie,
    I roznamiętniać się odbitym cieniem?
    Grobu niesławę czcić na twym grobie,
    Schlebiać ci tylko łzami i cierpieniem,
    I gdy ci mieczów brak, nieść ci róże,
    Co na Cezarów więdnieją purpurze?

    O precz mi z drogi tej! - Ja nie mogę
    Płatnych służalców zwykłą iść koleją;
    Ja widzę hańby znak, w oczach trwogę,
    Ręce, co światu pogrozić nie śmieją:
    Więc rzucam gniewu krzyk i wściekłości
    I grobu twego znieważam świętości!

    Ja dla meczami twych - wzgardę czuję,
    Bo ty frymarczysz krwią twą, Messalino!
    Wierna przeszłości tej, co cię truje,
    Gdy pokolenia całe bez czci giną,
    Pod tryumfalny wóz zawleczona,
    Gotowaś upaść liktorom w ramiona.

    Spartaków wprzódy syn niż twój czciciel,
    Rachunku żądam od ciebie, przeklęta;
    Przeszłości krwawych krzywd smutny mściciel
    Pytam: gdzie w bólach ludzkości poczęta
    A przekazana myśl jednej tobie,
    Arystodemów ty wdowo w żałobie!...

    Miałaś przewodnią być gwiazdą ludom
    I na sąd wielki wieków wyprowadzić
    Zastęp czarniawy tej, co dziś trudom
    Wolnych poświęceń zdoła już poradzić,
    Grakchów zabitych sen w czyn zamienić
    I ludzkość złotą jutrznią opromienić!...

    Więc kiedy zdradzasz dziś - giń bez chwały!
    Nie łez ci dłużnym, lecz urągowiska!
    Czuję w wnętrznościach twych duch struchlały,
    I w oczach twoich ogień już nie błyska;
    Focjonów słuchać chcesz smutnej rady...
    Więc tylko Baru powstajesz cień blady.

    O nie tak, piękna ma! Nie w arenie
    Ku czci Cezarów, jak niewolnik, padać,
    Ale się w węże strój i w płomienie
    I idź sumienie narodów spowiadać:
    Gorgony twarzą świeć zbrodniom w oczy,
    Aż każda głazem pod nogi się stoczy!

    Przez ludów ciężki znój i przez mękę
    Plemion dławionych wężem Laokona,
    Ludowi swemu ty podaj rękę
    I w przyszłe wieki pchnij się uwielbiona,
    I ofiarnicą bądź - dla przyszłości,
    Znacząc krwią duchy wydarte nicości.

    Niech pokolenie to gruzem legnie
    U wielkich natchnień dziejowych ołtarza!
    Bo anioł, Polsko, twój - dalej biegnie
    I szalę świata ku niebu przeważa,
    I depcząc purpur tych krwawe szmaty,
    Wolności ludom sypie złote kwiaty!
     
  • Jan Brzechwa
    Apostrofa do Muzy
    Pióropusze dymiących kominów
    Nowe niebo rozpięły nad nami.
    Rośnie Wola, rodzi się Młynów,
    Dzień rozkwita czerwonymi cegłami.

    Gra Mokotów, śpiewa Muranów,
    Trzeba pieśnią do pracy zagrzewać!
    - Muzo Sześcioletniego Planu,
    Naucz mnie śpiewać.

    Naucz takie układać strofy,
    Co by w przyszłość jak wicher pobiegły,
    Niechaj strofy uskrzydlą kilofy,
    Niech pod chmury dźwigają cegły.

    Tam gdzie czas ma pęd huraganu,
    Musi pieśń huraganem nabrzmiewać.
    - Muzo Sześcioletniego Planu,
    Naucz mnie śpiewać!

    Muzo, trudny jest lot
    Tych, co nowe zwiastują życie.
    Podaj mi dłuto i młot:
    Trzeba słów dobywać w granicie!
     
  • Jan Brzechwa
    Arbuz
    W owocarni arbuz leży i
    złośliwie pestki szczerzy.
    Tu przygani, tam zaczepi.
    "Już byś przestał gadać lepiej,
    Zamknij buzię, Arbuzie!
    " Ale arbuz jest uparty,
    Dalej sobie stroi żarty
    I tak rzecze do moreli:
    "Jeszcześmy się nie widzieli,
    Pani skąd jest?"
    "Jestem Serbka..."
    "Chociaż Serbka, ale cierpka!"
    Wszystkich drażnią jego drwiny,
    A on mówi do cytryny:
    "Pani skąd jest?"
    "Jestem Włoszka..."
    "Chociaż Włoszka, ale gorzka!"
    Gwałt się podniósł na wystawie:
    "To zuchwalstwo! To bezprawie!
    Zamknij buzię, Arbuzie!
    " Lecz on za nic ma owoce,
    Szczerzy pestki i chichoce.
    Melon dość już miał arbuza,
    Krzyknął: "Głupiś! Szukasz guza!
    Będziesz miał za swoje sprawki!"
    Runął wprost na niego z szafki,
    Potem stoczył go za ladę
    I tam zrobił marmoladę.
     
  • Jan Brzechwa
    Atrament i kreda
    Wzdychała kreda: "Wciąż jestem biała,
    Nie chcę być biała!..." No i - sczerniała.
    Jęczał atrament: "O, losie marny,
    Wciąż jestem czarny, kompletnie czarny,
    Jak gdyby we mnie kto smołę przelał.
    Nie chcę być czarny! Dość już!" I zbielał.
    W szkole straszliwy zrobił się zamęt:
    Ładna historia! Biały atrament!
    Któż go na białym dojrzy papierze?
    Nikną litery i kleksy świeże,
    Nie zda się na nic wypracowanie,
    Gdy z liter nawet ślad nie zostanie.
    Zbladł nauczyciel i bladolicy
    Przez chwilę z kredą stał przy tablicy,
    Lecz nic napisać na niej się nie da:
    Czarna tablica i czarna kreda!
    Jak tu rozwiązać można zadanie,
    Gdy cyfr odróżnić nikt nie jest w stanie.
    Rzekł nauczyciel zakłopotany:
    "Dziwne to, bardzo dziwne przemiany!
    Kreda jest czarna, atrament biały...
    Wiemy, kto robi takie kawały!
    " Mówiąc to palec przytknął do czoła,
    Groźnym spojrzeniem powiódł dokoła
    I mnie, choć ja się winnym nie czuję,
    Ze sprawowania postawił dwóję.
     

Regulamin | Kontakt | Polityka Cookies

.:: Copyright © 2009-2017 ekarteczka All Rights Reserved. Powered ekarteczka.pl ::.N
54.156.69.204 -> czas generowania strony: 0.0124089717865 sek.
[Polecamy] Kartki | Kartki Walentynkowe

statystyka